Infrastruktura

Mieszkanie plus?

Czy coś może być jednocześnie płaskie i wypukłe? Cóż jest bardziej płaskiego niż powierzchnia jeziora w bezwietrzną pogodę? Każde dziecko wie, bo widzi, że ziemia jest płaska. Ale jeśli spojrzymy z kosmosu? Tak oto perspektywa może diametralnie zmienić to, co widzimy. Tak też jest z programem M+. Diagnoza, na której jest on oparty ogranicza swe pole widzenia tylko do Polski i tylko do ostatnich 25 lat. Ma to kluczowe znaczenie dla jego zrozumienia. W tak ograniczonej perspektywie rzeczywiście widzimy stały rozwój budownictwa mieszkaniowego. Teza, że nasza mieszkaniowa rzeczywistość jest o niebo lepsza od tej sprzed 25 lat nie tylko jest bazą programu, ale coraz bardziej wyraża też powszechny pogląd, powszechną intuicję. Warto więc przypomnieć krótką historię naszego mieszkalnictwa w nieco szerszym ujęciu.

Po wojnie, aż do 1980 r mieliśmy stały wzrost liczby budowanych mieszkań

(maksimum to 284 tys.). Kolejny okres to stały spadek produkcji aż do 60 tys. mieszkań w 1996 r. Ostatnie lata to powolny rozwój do 148 tys. w zeszłym roku.  Już z tego zestawienia widać, że decyzja by horyzont diagnozy ograniczyć do ostatniego ćwierćwiecza jest dość dziwna.  Dziwne też bywają „poglądy ogółu” – określenie „głód mieszkań” powstało w 1980 roku, było treścią jednego z Postulatów Gdańskich. Co się stało z tym głodem skoro budujemy  dziś 2 razy mniej  mieszkań niż wtedy?

Filozofię programu streszcza cytat: wobec przełamania podstawowych problemów deficytów ilościowych i jakościowych, podstawowym wyzwaniem polskiej polityki mieszkaniowej powinna być dostępność mieszkań. Czyli:, pomocy wymagają tylko najsłabsi, bo średnio jest już dobrze. Zweryfikujmy tę diagnozę na liczbach.

Średnia liczba nowych mieszkań w ostatnim ćwierćwieczu to 120 tys/rok wobec 214 tys/rok w poprzednim. Czy to są duże liczby? Do pokonania deficytu mieszkań kraje Europy Zachodniej potrzebowały 300 – 500 tys. mieszkań rocznie (w przeliczeniu na naszą populację). Te procesy miały miejsce 50-60 lat temu. Ostatnie dwa kraje, które najpóźniej przystąpiły do Unii i najpóźniej zajęły się tym tematem to Hiszpania i Irlandia, które przez 20 lat utrzymywały produkcję na poziomie 350 i 450 tys. mieszkań rocznie (w przeliczeniu na populację Polski). Rekord to rok 2007 w Irlandii – 900 tys. mieszkań, czyli ponad 6 razy więcej niż nasza obecna produkcja.

Od 1990 roku nasze zasoby mieszkaniowe wzrosły o 15%, ale ich udział w zaspokajaniu potrzeb nie wzrósł wcale, bowiem został skompensowany przez podobnie dłuższy okres użytkowania mieszkań wynikający z wydłużenia średniego okresu życia. Dodatkowo sytuację pogarsza nowe zjawisko tzw. singli, czyli mniej efektywny sposób wykorzystania zasobów.

Jeśli nowe potrzeby mieszkaniowe zdefiniujemy jako liczbę potencjalnych nowych par, czyli połowę liczby dzieci urodzonych 27 lat wcześniej, i tę liczbę porównamy ze zdolnością rynku do zaspokojenia tych potrzeb, zarówno rynku pierwotnego jak i wtórnego, otrzymamy niepokojący bilans: w ciągu ostatnich 25 lat  w populacji dojrzewającej młodzieży liczba tych, którzy nigdy nie będą mieli własnego mieszkania wzrosła o ¼. Tak źle nie było od połowy lat 50-tych.

W Polsce od 60 lat bardzo silna jest korelacja między produkcją mieszkań i narodzin dzieci. To nie jest nasza specyfika, regułę „brak gniazd – brak piskląt”  można znaleźć w historii wszystkich państw Europy zachodniej. Ale obowiązuje ona tylko do czasu zlikwidowania deficytu mieszkań. Dlatego nie występuje ona we współczesnej  literaturze demograficznej państw zachodnich. Wielkim zaniedbaniem współczesnych polskich demografów jest to, że chcąc być nowoczesnymi  nie sięgają do znacznie bardziej adekwatnych, starych opracowań zachodnich z przed pół wieku.

W tym miejscu trzeba wskazać, że ważnym, niedocenionym efektem okresu Gierka był największy po wojnie wyż demograficzny, będący skutkiem koincydencji – czas dorastania pierwszego, powojennego wyżu demograficznego trafił na czas relatywnego bumu budowlanego. Ale ten jedyny w naszej historii „narodowy program mieszkaniowy” nie przyniósł ostatecznego rozwiązania problemu, zresztą podobnie jak wszystkie podobne próby realizowane w krajach socjalistycznych. Nieefektywna okazała się koncepcja by to państwo było deweloperem i wykonawcą (pod przykrywką formy spółdzielczej).

Permanentny kryzys budownictwa mieszkaniowego w ostatnim ćwierćwieczu jest podstawową przyczyną kryzysu demograficznego. Tym razem dorastający wyż demograficzny trafił na kryzys budownictwa. Poza analizami danych statystycznych świadczy o tym choćby ostatni raport NIK o polityce pro-rodzinnej, który problemy mieszkaniowe wymieniał na pierwszym miejscu. Warto zwrócić uwagę, że wywołana tym raportem debata publiczna dotyczyła spraw socjalnych: żłobków, urlopów macierzyńskich, ale zupełnie ominęła mieszkalnictwo, w komentarzach w mediach nie słyszałem na ten temat ani jednego słowa.

Nasza obecna produkcja mieszkań jest dwa razy za mała dla podtrzymania wieku zasobów. W konsekwencji w ciągu 25 lat średni wiek naszych mieszkań wzrósł o ok.12 lat. Przy obecnej produkcji istniejące dziś mieszkania będą musiały nam służyć jeszcze 130 lat (łącznie z tymi z wielkiej płyty).

 

Jak na tym tle wygląda M+?

Powszechny pogląd, powszechna intuicja zbudowana jest na mitach. Ale skąd tak skrajna rozbieżność diagnozy rządowych ekspertów i liczb. Sądzę, że są dwa powody. Pierwszy to polityczna potrzeba uzasadnienia, że pomocy państwa nie wymagają wszyscy, lecz tylko najsłabsi. Tak naprawdę chodziło o pieniądze, o to, jak ogłosić spektakularny program mieszkaniowy nie przeznaczając na niego dodatkowych pieniędzy. Tu jest zasadnicza różnica wobec bliźniaczo nazwanego programu 500+. Nowe programy np. „społeczne budownictwo czynszowe” będą realizowane ze środków z wygaszanych programów „Rodzina na swoim” i „Mieszkanie dla młodych”. Czyli biednym damy tyle, ile zabierzemy bogatszym. Czyli, że nie jest to program mieszkaniowy, lecz socjalny.

Drugi powód rozbieżności jest prozaiczny. Otóż autorzy rządowej diagnozy przyjęli dane o ilości rozbieranych mieszkań na podstawie zgłoszeń do Nadzoru Budowlanego. Rzeczywistą ilość rozbiórek można policzyć w okresie między spisami powszechnymi odejmując przyrost zasobów od sumy nowej produkcji.  Poza okresem bezpośrednio po wojnie, w Polsce utrzymuje się stała proporcja: na 3 nowe mieszkania przypada jedno rozebrane. Tę samą proporcję mają też inne państwa europejskie z wyjątkiem okresów nadrabiania zaległości, czyli bardzo dużej produkcji. W szczytowym okresie „bumu” mieszkaniowego w Irlandii liczba rozbiórek sięgała połowy liczby nowych mieszkań.

Błąd autorów diagnozy jest dość duży. W ostatnich latach co roku rozbieranych jest  średnio 37 tys mieszkań, czyli 155 razy więcej niż dane Głównego Urzędu Nadzoru Budowlanego. Ten błąd spowodował błędną diagnozę, że ogólna liczba nowobudowanych mieszkań ustabilizowała się na poziomie, który ułatwia w ciągu kilku lat przełamanie podstawowych deficytów ilościowych polskiego mieszkalnictwa.  Ten błąd spowodował też błędne prognozy. Autorzy programu Mieszkanie+ przewidują, że przy obecnej produkcji liczba mieszkań przypadająca na 1000 mieszkańców powinna wzrosnąć z dziś najniższego w Europie poziomu 350 (rok 2011) do 435 w 2030 roku. Skoro zasoby wzrastają o 2/3 nowej produkcji, łatwo policzyć, że dla osiągnięcia powyższego celu musielibyśmy przez 2 dekady rocznie budować 257 tys. mieszkań, czyli tyle ile budowano w szczytowym okresie epoki Gierka i dwa razy tyle co obecnie.

W całym okresie PRL socjalistyczne i opiekuńcze państwo czuło się odpowiedzialne za sprawy mieszkaniowe i próbowało coś zrobić. Zmiana nastąpiła w wolnej Polsce – państwo wycofało się z tego obszaru. Wydatki na cele mieszkaniowe zmniejszyły się 25-krotnie, z 2% PKB na początku lat 90-tych do 0,08% obecnie. Rządowy program Mieszkanie+ nie zakłada zwiększenia nakładów. Już samo to, ta znikoma skala oznacza, że nie nastąpi nic istotnego. W tym obecny program jest podobny do poprzednich: Rodzina na Swoim i MdM, to tylko małe listki figowe, bardziej dla efektu medialnego, niż próby zmiany sytuacji.

Możliwe są dwie drogi, albo dostosowuje się produkcję, zasoby do potrzeb, albo na odwrót – potrzeby do zasobów. Ta ostatnia oznacza dostosowanie liczebności populacji Polaków do istniejących zasobów mieszkań. Tę drogę wybraliśmy 25 lat temu i konsekwentnie nią podążamy. W moim przekonaniu sprawa deficytu mieszkań jest największym, strategicznym zaniedbaniem wolnej Polski. Ma fatalne skutki: społeczne (wspomniany już kryzys demograficzny, emigrację młodzieży,  aborcję, bezrobocie,  itd.), ekonomiczne (zablokowana kluczowa branża gospodarki, stale mniejszy o ok. 1,5 – 2% PKB, słabość finansowa samorządów) oraz ekologiczne (dramatyczny rozbryzg  zabudowy, rabunkowe niszczenie zasobów ziemi – fundamentalnego zasobu naturalnego).

Dlaczego niepodległa Polska nie dała rady nadrobić deficytu mieszkań? W ciągu przyczynowo skutkowym na pierwszym miejscu wskażę na upadek urbanistyki (eufemistycznie nazywanej dziś „planowaniem zagospodarowania przestrzennego”) – w reakcji na przewagę aspektów publicznych nad prywatnymi w poprzednich okresach nastąpił zanik rozumienia urbanistyki jako wspólnego interesu. Choć objaw jest odwrotny, ale przyczyna ta sama – ciągłość ideologiczna polega na nadal antagonistycznej relacji interesu prywatnego i publicznego.

 

Urbanistyka jest tak stara jak gatunek ludzki – jej istotą jest obserwacja, że stado może więcej niż suma wysiłków jednostek. Udział administracji w tym procesie jest wtórny, czego dowodzi zamieszczone, współczesne zdjęcie z jednego z najbardziej odludnych rejonów świata, z gór Sejanów na granicy Mongolii i Rosji. W zakresie funkcjonalnym wigwamy stają tak, by dla bezpieczeństwa zwierząt odgrodzić zakole strumienia. Ale równie ważna jest symbolika wspólnoty – jesteśmy i działamy razem, jesteśmy jednym plemieniem. Bowiem urbanistyka to gra zespołowa, polega na dobrowolnym skoordynowaniu indywidualnych wysiłków inwestycyjnych dla wygenerowania wspólnej wartości dodanej. 25 lat temu zgubiliśmy balans między tym co wspólne, a tym co prywatne, między przywilejami, a obowiązkami wynikającymi z prawa własności ziemi.

Podkreślić trzeba, że jest to novum w naszej historii, nie było tego przed wojną ani w PRL.  W naszej tradycji „bardzo silnie się wyraża społeczny pogląd na własność: właściciel nie tylko ma prawo, ale i obowiązek użytkowania własności w sposób pożyteczny dla ogółu. Jest to jedyne uzasadnienie prawa własności prywatnej, szczególnie w stosunku do ziemi”. (Teodor Toeplitz, Referat o Polsce na IV Kongresie Miast w Sewilii, 1929). Autor obok danych prawnych i historycznych powoływał się na tych, którzy „tak silny mieli wpływ na kształtowanie się psychiki polskiej”: Mickiewicza, Słowackiego, Norwida i  Żeromskiego.

Przedwojenne prawo budowlane przewidywało, że właściciel terenu przekształcanego na budowlany musi bezpłatnie przekazać gminie część swojej ziemi niezbędną do obsługi całości (na drogi, szkoły itp.). Poza obecną Polską nie znam kraju w którym prawo rozstrzygało by inaczej, bowiem oznaczało by to, że obecni mieszkańcy gminy, ze swojego wspólnego budżetu, mieliby obowiązkowo finansować potrzeby przyszłych osadników. Taka unikalna regulacja powoduje, że urbanizacja (w historii drugie po handlu źródło dochodów samorządów lokalnych) stała się dla nich deficytowa. A. Olbrysz oszacował w 2011 r. zobowiązania finansowe (należne odszkodowania) naszych gmin wynikające z już uchwalonych planów na 130 miliardów zł. Oczywiście te odszkodowania nie zostaną nigdy wypłacone, bo to niemożliwe. Ale część uda się wyrwać poprzez wyroki sądowe. Ciekawe kiedy społeczeństwo, my wszyscy zorientujemy się, że finansujemy gigantyczny proceder spekulacji gruntami? W mojej gminie, podwarszawskiej, prognozy do 2030 roku przewidują 20 tysięcy nowych mieszkańców, natomiast już dziś mamy zapas terenów budowlanych dla 200 tys. osadników. Efektem jest nigdzie nie ewidencjonowany dług mojej gminy wynoszący 13 tys. zł na mieszkańca, czyli więcej niż dług budżetu państwa.

W skali Polski mamy już uchwalone plany dla 80 milionów nowych Polaków, w studiach zagospodarowania jest miejsce dla 300 milionów. Jeśli podzielimy nasze zasoby gruntów budowlanych przez roczne obroty, otrzymamy średni oczekiwany czas sprzedaży działek budowlanych. Dla przewidzianych w planach to 900 lat, dla tych w studiach to 3500 lat. To dopiero jest perspektywiczne planowanie! Jednoczesne oddanie do inwestowania tak gigantycznej ilości terenów musi prowadzić do skrajnie rozproszonej zabudowy. Rzeczywistość jest jeszcze gorsza, bo pomimo powyższego nadmiaru, połowa obecnych budów prowadzona jest na podstawie decyzji o warunkach zabudowy, a więc na terenach nie objętych planami. Zaprawdę bezsensowne jest chronienie naszej ziemi przed Niemcami, to my sami, przez skrajnie rabunkową gospodarkę, ją zniszczymy. Skala rozproszonej zabudowy, rozbryzgu miast – jak niektórzy tłumaczą angielski termin „urban sprowl”, nabiera cech klęski ekologicznej. Przez ćwierć wieku ilość mieszkań wzrosła o 15%, zaś ilość terenów zabudowanych ponad dwukrotnie, czyli, przy śladowej produkcji, zabudowaliśmy więcej terenu niż nasi przodkowie przez 1000 lat.

Zapaść urbanistyki, zanik jej publicznej roli wywołuje niepewność co do losów naszego bezpośredniego otoczenia i rozliczne konflikty społeczne. Władze nie potrafiąc zapobiec im systemowo, na skutek presji społecznej, nieświadomie weszły na drogę ograniczenia konfliktów ilościowo, czyli mnożenia szczegółowych regulacji prawa budowlanego. W ten sposób absurdalna i wydawało by się skrajnie niefunkcjonalna biurokracja pełni ważną funkcję społeczną – utrudniając budowanie, ogranicza ilość konfliktów przestrzennych. Gdybyśmy przy obecnym systemie urbanistyki chcieli rozwiązać problemy mieszkaniowe, a więc gdybyśmy budowali kilka razy więcej niż dziś, nastąpiła by ekologiczna apokalipsa.

Od 1928 do 1990 zmiany w Prawie Budowlanym następowały co ok. 10 lat. Od 1990 roku mamy średnio 4 nowelizacje rocznie, czyli 40 razy częściej. Podobnie wzrosła objętość przepisów i wymaganej dokumentacji oraz czas jej załatwiania. Blisko 100 ostatnich nowelizacji ustaw budowlanych to podstawowa przestroga dla autorów planowanego Kodeksu Urbanistyczno-Budowlanego: czy na pewno nie będzie on tylko 101 nowelizacją?

W 1981 r. Zjazd Solidarności przyjął jako oficjalny dokument opracowany przez zespół dr.Witakowskiego „Raport o stanie budownictwa mieszkaniowego”. Był on syntezą ponad 600 prac nadesłanych na fali ówczesnego powszechnego entuzjazmu. W 2006 r. ten sam zespół, tą samą metodą podjął próbę drugiej edycji, spojrzenia z perspektywy 25 lat.  Wynik był jednoznaczny: z pośród 11 barier hamujących budownictwo 10 przestało istnieć np. braki materiałowe, zaopatrzeniowe, transportowe, bariery technologiczne itp. Ale rozrost bariery organizacyjno-prawnej zrównoważył te osiągnięcia. Innymi słowy wszystko co zależało od ludzi zostało rozwiązane, ale nie to co zależało od władz centralnych. Te dane przeczą tezie, że to wolny rynek zawiódł. Gigantyczny interwencjonizm państwa, skala nadregulacji i bałaganu reguł prawnych nigdy nie dopuściły do działania mechanizmów rynkowych.

Wszystkie kraje Europy Zachodniej miały po wojnie problemy mieszkaniowe, wszystkie rozwiązały je poprzez nieraz wielkie, Narodowe Programy Mieszkaniowe (Niemcy, kraje Beneluksu, Anglia – lata 50-te i 60-te, Skandynawia – 70-te. W naszych warunkach (populacja, zaległości, stan i wiek zasobów) odpowiednikiem było by utrzymanie przez 2 dekady produkcji na poziomie 300 – 400 tys. mieszkań rocznie. Konstruowanie analogicznego programu mieszkaniowego dla Polski trzeba  zacząć od przestudiowania tamtych doświadczeń. Wszystkie tamte programy polegały na wygenerowaniu przez rząd ułatwień dla profesjonalnych inwestorów, w szczególności w dostępie do ziemi i kapitału. Co bardzo ważne, zaangażowanie finansowe budżetu  państwa miało miejsce tylko na początku, dla uruchomienia procesu. Już po kilku latach rozpędzony sektor budownictwa generował znaczne wpływy do budżetu i rozwój całej gospodarki. Do historii ekonomii weszła „budowlana lokomotywa gospodarcza Adenauera” i największy w historii program mieszkaniowy, który dla rozpędzenia gospodarki rozpoczęły USA zaraz po ataku na Pearl Harbour. W efekcie tego ostatniego mieszkanie stało się w Stanach dobrem łatwo dostępnym, trochę tak jak samochód.  Ostatnie dwa programy mieszkaniowe w Europie, hiszpański i irlandzki, generowały przez 2 dekady średnio wzrost o dodatkowe 2% PKB. Jeszcze w połowie lat 80-tych Hiszpania i Irlandia miały podobny co my dochód PKB per capita i podobne wskaźniki mieszkaniowe. Gdybyśmy wtedy poszli podobną drogą,  dziś, po rozwiązaniu problemu mieszkaniowego mielibyśmy  podobny dochód PKB per capita, czyli odpowiednio 2 lub 3 razy większy niż mamy. I sprawa najważniejsza, w obu tych krajach odwrócono złe tendencje demograficzne.

Wróćmy do programu M+. Nie jest tak, że nie ma on wartościowych elementów. Zapewne pomoże w obszarze mieszkań socjalnych. Ważne jest, że zwraca uwagę na zasoby gruntów państwowych. W znacznym stopniu zostały one już roztrwonione, przez lata ich sprzedaż pokrywała bieżące potrzeby budżetu państwa i budżetów gmin zamiast stać się bazą wielkiego, narodowego programu mieszkaniowego, tak jak to było w krajach zachodnich. Zresztą do dziś publiczne banki ziemi są podstawą budownictwa w wielu krajach np. w Holandii  do obowiązków Rządowej Agencji Ziemskiej należy zapewnianie gruntów pod zabudowę, doprowadzenia ich do stanu używalności (np. scalenia) oraz przekazanie jej prywatnym inwestorom. Należy podkreślić, że nie istnieje żadna ustawa, która regulowała by ten proces. Powyższy podział zadań w procesie rozwoju jest po prostu korzystny zarówno dla sektora publicznego, jak i prywatnego. (G.Larsson).

Ale najważniejsze jest, że program M+ znów obudził nadzieję i spowodował powrót zapomnianego tematu – naszego problemu mieszkaniowego, czego efektem jest i ten artykuł.

 

Jacek Koziński,  VII 2016

 

  1. Od czasu powstania tego tekstu minął ponad rok. Dziś moja ocena programu Mieszkanie+ jest znacznie ostrzejsza. Dlaczego?

1.Skala programu. Rząd obiecuje, że w ramach tego programu powstanie 30 tys. mieszkań w ciągu 10 lat. To 3 tys. na rok, co wobec obecnej produkcji ok.160 tys/rok oznacza niecałe 2%. To niemierzalna skala, szczególnie w sytuacji, gdy zostają wstrzymane inne programy mieszkaniowe np.MdM, które też miały jakiś wpływ na produkcję.

2.Niejasne reguły. Czy to jest program socjalny, czy mieszkaniowy? Pierwszy to pomoc publiczna dla grupy najsłabszych, drugi to inwestycja publiczna dla dobra ogółu, mająca rozkręcić gospodarkę, odwrócić spadkowy trend demograficzny itp. Czyli inwestycja strategiczna. Już z tej definicji widać, że nie jest to program mieszkaniowy. Ale brak konkretnego adresata przeczy socjalnemu celowi. Jest to też bardzo groźny element programu. Jeśli czynsz za powstałe mieszkania będzie niższy niż rynkowy, to ich przydział będzie przywilejem. Kto zyska ten przywilej? Na jakich zasadach będą przydzielane te mieszania, skoro starczy ich tylko dla wybranych? Myśmy już to ćwiczyli, gdy państwo było deweloperem. Znaczna część mieszkań była „przydzielana” swoim, kolegom partyjnym, milicjantom itd. Reszta czekała w kolejce mieszkaniowej. To nie były wypaczenia, to jest konieczna reguła, gdy władza ma „przydzielać” przywileje. Zwracam uwagę na ten wybitnie korupcjogenny charakter programu Mieszkanie+.

W związku z programem Mieszkanie+ wiele  mówiło się o znikomej skali naszego rynku mieszkań czynszowych.  My już raz mieliśmy wielki, narodowy program Mieszkanie+ Był on lepiej zorganizowany, bo uniknął kosztów budowy mieszkań – myślę o powojennej komunalizacji kamienic, czyli zasobów mieszkań czynszowych. Przed wojną polski rynek wynajmu mieszkań nie różnił się od innych krajów. Co się stało z naszymi przedwojennymi  zasobami?  Po ponad 60 latach warto zrobić bilans tamtego programu i porównać z efektami innych dróg. Niemcy mieli po wojnie większe niż my kłopoty mieszkaniowe i straty w zasobach. Ale nie wybrali ich komunalizacji, bo zmiana właściciela nie czyni mieszkań bardziej dostępnymi, nie pomnaża zasobów nawet na krótką metę. Natomiast na długi dystans komunalizacja niszczy zasoby, prowadzi do ich destrukcji, co widać na polskim przykładzie. Dlatego efekty prac komisji Jakiego, powtórna nacjonalizacja kamienic to nie zysk interesu publicznego, a tylko przywrócenie patologicznego stanu, który skończy się ich destrukcją.  W ostatecznym rozrachunku stracimy wszyscy.

Podstawowe pytanie: dlaczego usuwanie lokatorów z warszawskich kamienic jest taką dla nich tragedią? W normalnym kraju, przy normalnym rynku wynajmu mieszkań, gdy właściciel podnosi czynsz ponad poziom akceptowalny, to lokator wynajmuje inne mieszkanie i już. To normalny proces w miastach od tysięcy lat, tylko tak miasta mogą ewoluować, by zabudowa się modernizowała i zmieniała musi być taki moment, gdy właściciel opróżnia dom z lokatorów dla wykonania inwestycji. Dlaczego u nas ten mechanizm to krzywdy i tragedie?

 

Jeszcze o reprywatyzacji nieco głębiej. Kto jest winien za te afery i przekręty? A ja się pytam: a czego innego się spodziewaliście? Przecież powszechnie przyjęto strategię na przeczekanie, niech właściciele wymrą, niech czas zmniejszy skalę problemu. Nigdy od 90 roku nie było powszechnego przyzwolenia na zwrot znacjonalizowanego mienia. Nigdy nie uznaliśmy zasady, że kradzione nie tuczy. Zawsze panował pogląd, że na tę uczciwość nas nie stać (choćby w sprawie mienia pożydowskiego). Zgoda, winne są wszystkie rządy od 90 roku, ale my wszyscy też. Bo przy takich, niejawnych i nielegalnych założeniach, nie było szans na prawne uregulowanie reprywatyzacji, a bez reguł prawnych musi zrodzić się bezprawie, tragedie i krzywdy. Co my, jako naród, zbiorowość zyskaliśmy w ostatecznym bilansie?

 

Nie będzie rzetelnego rozwiązania problemu lokatorów bez rozwiązania ogólnego głodu mieszkań. To jest strategiczne zaniedbanie III RP, to jest fundamentalna reforma dla przyszłości naszego kraju. Bez gniazd nie będzie piskląt, szukając ich młodzież będzie emigrować, a  imigranci nie przyjadą, nawet ci z Ukrainy i Białorusi, bo gdzie mieli by mieszkać? Po prostu, mieszkańców Polski jest za dużo.

 

Na pewno kiedyś przyjdzie partia polityczna, która odważy się oprzeć swój program o kwestię mieszkaniową. Pytanie tylko czy za mojego życia?

 

Jacek Koziński

8 grudzień 2017

 

tagi

Informacje

Nadchodzące wydarzenia

There are no upcoming events at this time.

adb34f2eef29dca4adbaa3a996422f4d)))))))))))))))))))))))))))))))